Serce nie ustaje - Grégoire Bouillier - ebook

Serce nie ustaje ebook

Gregoire Bouillier

4,3
69,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.
Dowiedz się więcej.
Opis

Porywająca czytelnicza przygoda!

Książka, którą polscy czytelnicy wskazali jako najlepszą francuską powieść 2022 roku

(Polski Wybór Goncourtów)

Pod patronatem Festiwalu Conrada 2023

Jedenasty tytuł w serii Collection Nouvelle, w której ukazują się najnowsze francuskie powieści.

Kim była modelka słynnego domu mody Fath, która w wieku 64 lat popełniła w swoim paryskim mieszkaniu samobójstwo przez zagłodzenie, prowadząc przez czterdzieści pięć dni dziennik swojej agonii? Jej zmumifikowane zwłoki odkryto dopiero dziesięć miesięcy później, w sierpniu 1985 roku. Grégoire Bouillier, zainspirowany w 2018 roku radiową wiadomością o tym zdarzeniu, podjął niezwykłą próbę ujawnienia pełnego tajemnic losu Marcelle Pichon w powieści, która jest imponującą podróżą w czasie i przestrzeni. Przeobrażając się w prywatnego detektywa, któremu asystuje wierna (i radosna) Penny, autor rozpoczyna szaleńcze śledztwo, by odtworzyć losy tajemniczej kobiety, która w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku była modelką: od archiwów i genealogii, przez dzieciństwo w Paryżu lat dwudziestych, po zawarte podczas okupacji małżeństwo…

Dokumentalistyka przeplata się tu z fikcją, hipotezy śledczych z grą wyobraźni narratora, wątek detektywistyczny z autobiograficznym i autotematycznym, a humor, ironia i spontaniczny język mówiony dopełniają czytelniczej uczty. Okazuje się, że nic w życiu nie jest zwyczajne i przypadkowe, a literatura ocala życie przed anonimowością i rutyną.

Grégoire Bouillier nieustannie widzi w świecie rzeczywistym sieć znaków i zbiegów okoliczności. Czerpie z tego materię do dygresji i skojarzeń, starając się lepiej wydobyć temat, który zdaje się mu wymykać. Jest zatem coś ironicznego, choć nie paradoksalnego, w tym, że „Serce nie ustaje”, ze swoimi 900 stronami, okazuje się książką wyjątkowo pokrzepiającą, choć odnosi się do historii Marcelle Pichon, byłej modelki, która zdecydowała się umrzeć z głodu w swoim mieszkaniu w 1985 roku.

Le Monde

Grégoire Bouillier wprowadza nas w niesamowite doświadczenie czytelnicze, literacką przygodę, która trzyma w napięciu dniami i nocami. Nie tyle tę związaną z Marcelle Pichon, ile swoją własną, ponieważ ich istnienia splotły się ze sobą na kartach tej wyjątkowej książki.

La République des livres

O autorze

GRÉGOIRE BOUILLIER – urodzony w 1960 roku francuski pisarz, który w swojej twórczości, zaliczanej do nurtu autofikcji, kieruje się ambicją przedstawiania „raportu” na temat rzeczywistości. Uważa, że literatura powinna realnie oddziaływać na życie czytelników. Zanim wydał pierwsze autobiograficzne opowieści (Rapport sur moi, 2002;L’Invité mystère, 2004), zajmował się m.in. malarstwem i dziennikarstwem. Do tej pory jego książki zostały przetłumaczone na angielski, niemiecki, włoski, hiszpański, niderlandzki i arabski.

O tłumaczu:

ELŻBIETA JANOTA – tłumaczka literatury francuskojęzycznej i anglojęzycznej, absolwentka Uniwersytetu Śląskiego (języki stosowane) oraz studiów magisterskich na Royal Holloway University of London, członkini Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, laureatka Vivelo Book Awards 2023. Współtworzy podkast o książkach „Już tłumaczę”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 1431

Oceny
4,3 (4 oceny)
2
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ser­ce nie ustaje

Ty­tuł ory­gi­na­łu fran­cu­skie­go Le cœur ne cède pas

Co­py­ri­ght © Flam­ma­rion, Pa­ris 2022

Co­py­ri­ght © No­we­la, Po­znań 2023

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Elżbie­ta Ja­no­ta

Re­dak­cja Emi­lia Zwo­niar­ska

Ko­rek­ta Jo­an­na Świercz

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne i skład JNK Gra­ftekst Ju­sty­na No­wa­czyk

Cet ouvra­ge a bénéfi­cié du so­utien des Pro­gram­mes d’aide à la pu­bli­ca­tion de l’In­sti­tut fra­nça­is.

Ksi­ążkę wy­da­no dzi­ęki do­fi­nan­so­wa­niu In­sty­tu­tu Fran­cu­skie­go w ra­mach pro­gra­mów wspar­cia wy­daw­ni­cze­go.

Cet ouvra­ge, pu­blié dans le ca­dre du Pro­gram­me d’aide à la pu­bli­ca­tion Boy-Że­le­ński, abénéfi­ciédu so­utien des Pro­gram­mes d’aide à la pu­bli­ca­tion de l’In­sti­tut fra­nça­is de Po­lo­gne.

Ksi­ążkę wy­da­no dzi­ęki do­fi­nan­so­wa­niu In­sty­tu­tu Fran­cu­skie­go w Pol­sce w ra­mach Pro­gra­mu Wspar­cia Wy­daw­ni­cze­go Boy-Że­le­ński.

Wy­dru­ko­wa­no na pa­pie­rze Mun­ken Print Whi­te 15 70 g/m2 fir­my Arc­tic Pa­per

Druk i opra­wa Dru­kar­nia PO­ZKAL

ISBN 978-83-67029-99-5

Wy­daw­nic­two Nowe

No­we­la sp. z o. o.

ul. Żmi­grodz­ka 41/49, 60-171 Po­znań

www.wy­daw­nic­two­no­we.pl

re­dak­cja@wy­daw­nic­two­no­we.pl

Dział han­dlo­wy (+48 61) 847 40 40

za­mo­wie­nia@no­we­la.pl

Dla Dom Co­ul­let

„Klat­ka wy­bra­ła się na po­szu­ki­wa­nie pta­ka” –Franz Kaf­ka, Roz­wa­ża­nia nad grze­chem, cier­pie­niem, na­dzie­ją i wła­ści­wą dro­gą

„O dru­gim czło­wie­ku nie wie­my nic i nie mo­że­my nic wie­dzieć; a jed­nak wie­my o nim wszyst­ko. Wie­my o nim tyle, ile o so­bie sa­mych”–Gia­co­mo Le­opar­di, Zi­bal­do­ne

Pro­log

1

Pa­nie Bo­uil­lier,

po­pe­łni­łam błąd, zga­dza­jąc się na spo­tka­nie z Pa­nem.

Upły­nęło od nie­go kil­ka dni i pra­gnę Pana po­in­for­mo­wać, że sta­now­czo sprze­ci­wiam się Pa­ńskie­mu pro­jek­to­wi zwi­ąza­ne­mu z ksi­ążką o mo­jej Bab­ci.

Zwie­rzył mi się Pan z „nie­wy­tłu­ma­czal­nej pa­sji”, jaką wzbu­dza w Panu jej hi­sto­ria. To Pa­ński pro­blem. Ja z ko­lei nie po­tra­fię so­bie wy­tłu­ma­czyć Pa­ńskiej nie­ustępli­wo­ści i nie­zwy­kle na­tręt­nych do­cie­kań, ja­kie pro­wa­dził Pan w spra­wie mo­jej Bab­ci z my­ślą o swo­jej ksi­ążce. Ta­kie po­stępo­wa­nie uwa­żam za szo­ku­jące i zu­pe­łnie nie na miej­scu.

Ni­niej­szym wy­ra­żam więc ka­te­go­rycz­ny sprze­ciw wo­bec ksi­ążki, w któ­rej opi­sa­łby Pan moją Bab­cię lub ja­kie­go­kol­wiek in­ne­go człon­ka mo­jej Ro­dzi­ny.

Je­stem pew­na, że usza­nu­je Pan moją De­cy­zję.

Nie wąt­pię, że znaj­dzie Pan inne za­gad­nie­nie, któ­re po­zwo­li Panu zro­bić uży­tek ze swo­ich li­te­rac­kich ta­len­tów i w któ­re za­in­we­stu­je Pan swo­je „nie­wy­tłu­ma­czal­ne pa­sje”.

Z po­zdro­wie­nia­mi

Mejl był pod­pi­sa­ny… (tu­taj spó­łgło­ska, pó­źniej sa­mo­gło­ska)

Był pod­pi­sa­ny… (grzmi­ące wer­ble)

Czy od­wa­żę się to po­wie­dzieć? Po­dej­mę ry­zy­ko? Sta­wię czo­ła nie­bez­pie­cze­ństwu?

Sko­ro wiem, że ta de­cy­zja nie­odwo­łal­nie zmie­ni wszyst­ko, co od­tąd na­pi­szę.

Sko­ro wiem, że nie cho­dzi wy­łącz­nie o ksi­ążkę, któ­ra po­wsta­nie, ale też o całe spo­łe­cze­ństwo.

Oto spra­wa, któ­ra wy­kra­cza da­le­ko poza mój oso­bi­sty przy­pa­dek, mimo że je­stem w nią za­mie­sza­ny w naj­wi­ęk­szym mo­żli­wym stop­niu.

2

Co ro­bić?

Prze­czy­ta­łem mejl po­now­nie.

Na ekra­nie kom­pu­te­ra wy­da­wał mi się złośli­wą be­stią.

Była dwu­dzie­sta dwa­dzie­ścia sze­ść, wto­rek 11 stycz­nia 2022 roku.

Wła­śnie sko­ńczy­łem jeść ko­la­cję. (W menu tam­te­go wie­czo­ru: ze­staw opi­sa­ny jako „ło­soś ze szcza­wiem w to­wa­rzy­stwie pu­rée ziem­nia­cza­ne­go”).

W te­le­wi­zo­rze, któ­ry mru­gał do mnie z kąta, wła­śnie do­bie­ga­ły ko­ńca wia­do­mo­ści o dwu­dzie­stej, po­ka­zy­wa­no wspa­nia­łe wi­do­ki z Ap­pa­la­chów (po­przed­nie­go dnia były wspa­nia­łe wi­do­ki z An­da­lu­zji, a jesz­cze wcze­śniej wspa­nia­łe wi­do­ki z fran­cu­skie­go wy­brze­ża). Wi­do­ki o ty­leż wspa­nial­sze, eks­cy­to­wał się ko­men­ta­tor, że z po­wo­du pan­de­mii ko­ro­na­wi­ru­sa ża­den tu­ry­sta nie kala ich wspa­nia­ło­ści, i mniej­sza z tym, że przed dzie­si­ęcio­ma mi­nu­ta­mi inny re­por­taż dłu­go roz­wo­dził się nad bo­lącz­ka­mi przed­sta­wi­cie­li bra­nży tu­ry­stycz­nej, w któ­rych kry­zys epi­de­mio­lo­gicz­ny ude­rzył z pe­łną mocą. To wła­śnie na­zy­wa­my sprzecz­no­ścia­mi ka­pi­ta­li­zmu, a może się mylę?

A te­raz ten mejl!

Do­bry Boże, nie mia­łem ocho­ty pi­sać fik­cji li­te­rac­kiej, na­wet „in­spi­ro­wa­nej praw­dzi­wy­mi wy­da­rze­nia­mi”.

A tym bar­dziej zo­stać przy­mu­szo­nym do jej na­pi­sa­nia.

To nie mia­ło naj­mniej­sze­go sen­su!

Rze­czy­wi­sto­ść sama w so­bie jest kon­struk­tem, jest fik­cją, więc jej „fik­cjo­na­li­zo­wa­nie” to ab­surd.

To znisz­cze­nie tego, co naj­lep­sze.

Już le­piej na­pi­sać dzie­ło będące w ca­ło­ści wy­two­rem wy­obra­źni.

Ist­nie­je wie­le do­sko­na­łych ty­tu­łów z tego ga­tun­ku.

A więc nie!

Nie chcia­łem re­zy­gno­wać z opi­sy­wa­nia wy­da­rzeń ta­ki­mi, ja­ki­mi ro­ze­gra­ły się przed trzy­dzie­sto­ma pi­ęcio­ma laty w osiem­na­stej dziel­ni­cy Pa­ry­ża. Nie chcia­łem ich fa­łszo­wać. To ozna­cza­ło­by zdra­dę. Tym­cza­sem czu­łem, że mam wo­bec nich pe­wien obo­wi­ązek. Choć w ca­łej hi­sto­rii zo­sta­ło kil­ka upar­tych bia­łych plam, wy­pe­łnie­nie ich by­ło­by oszu­stwem. Jak­by pró­bo­wać na siłę łączyć puz­zle, któ­rych kszta­łty do sie­bie nie pa­su­ją. Jak­by spi­ło­wać ty­gry­so­wi pa­zu­ry.

Prze­cież nie mia­łem złych in­ten­cji.

Ab­so­lut­nie żad­nych!

Wszyst­kie moje emo­cje były po­zy­tyw­ne.

Pe­łne uwa­żno­ści.

To się li­czy­ło, praw­da?

Cze­go ona się bała? Że co ta­kie­go na­pi­szę o jej Bab­ci i Ro­dzi­nie (tyl­ko wiel­ką li­te­rą, pro­szę)?

Jaka oba­wa kry­ła się za jej De­cy­zją (tu rów­nież wiel­ka li­te­ra)?

Sprze­ciw wo­bec cze­go za jej Sprze­ci­wem?

Czy przez czte­ry go­dzi­ny nie opo­wia­da­ła mi roz­wle­kle o swo­jej bab­ci pod­czas spo­tka­nia w ka­wiar­ni nie­opo­dal por­te des Li­las, któ­rą sama wy­bra­ła? Czy nie do­star­czy­ła mi pew­nych in­for­ma­cji, któ­re w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku je­dy­nie po­twier­dzi­ły to, co już mniej wi­ęcej wie­dzia­łem? Na po­cząt­ku z pew­no­ścią była nie­uf­na, za­nie­po­ko­jo­na fak­tem, że in­te­re­su­ję się tą hi­sto­rią, któ­ra do­ty­czy­ła wpraw­dzie człon­ki­ni jej rod­zi­ny, lecz po­cho­dzi­ła prze­cież sprzed nie­mal czte­rech de­kad. Zda­wa­ło się jed­nak, że po­wo­li się od­pręża, jej twarz pi­ęk­nej ko­bie­ty po pi­ęćdzie­si­ąt­ce, ide­al­nie blon­dwło­sej i ele­ganc­kiej, wy­gła­dzi­ła się, na­wet jej cia­ło – fi­li­gra­no­we i ner­wo­we – spra­wia­ło wra­że­nie, jak­by się roz­lu­źni­ło, na tyle, że wprost spy­ta­ła, czy „nie była wo­bec mnie zbyt szorst­ka”. Ależ skąd, od­pa­rłem. Ro­zu­mia­łem, dla­cze­go za­częła od de­fen­sy­wy. Rze­czy­wi­ście dziw­ne i nie­po­ko­jące mu­sia­ło wy­dać jej się to, że ja­kiś nie­zna­jo­my chce na­pi­sać ksi­ążkę o jej bab­ci. Kim by­łem, by wtrącać się w hi­sto­rię jej ro­dzi­ny? Stąpa­łem po kru­chym lo­dzie. Mo­gła mi jed­nak za­ufać: nie chcia­łem ni­ko­go zra­nić. Wręcz prze­ciw­nie. Cho­dzi­ło o osi­ągni­ęcie zu­pe­łnie od­wrot­ne­go efek­tu. Pra­gnąłem je­dy­nie zro­zu­mieć, co się wy­da­rzy­ło. Z po­wo­du, któ­re­go sam nie po­tra­fi­łem wy­ja­śnić, mu­sia­łem się tego do­wie­dzieć.

W pew­nym mo­men­cie po­pro­si­ła, bym prze­słał jej do­ku­ment, w któ­re­go by­łem po­sia­da­niu, a o któ­re­go ist­nie­niu wcze­śniej nie wie­dzia­ła, co zro­bi­łem za­raz po po­wro­cie do domu.

A trzy dni pó­źniej wy­sła­ła mi ten mejl.

Dla­cze­go?

Jed­nak to nie ona była moim te­ma­tem. Nie­szcze­gól­nie za­le­ża­ło mi na roz­mo­wie z nią. Nie była swo­ją bab­cią. W żad­nym ra­zie nie znaj­do­wa­ła się w cen­trum tej opo­wie­ści. Od praw­dy dzie­li­ły ją dwa po­ko­le­nia. A to, że na­le­ży­my do ro­dzi­ny, nie zna­czy wca­le, że wie­my, co się w niej wy­da­rzy­ło. Kusi mnie na­wet, by stwier­dzić: wręcz prze­ciw­nie. Gdy­bym miał sądzić na pod­sta­wie wła­snych do­świad­czeń.

Co wi­ęcej, ta ko­bie­ta pra­wie nie zna­ła swo­jej bab­ci, była za mło­da, gdy tam­ta uma­rła.

Dla­cze­go?

Pró­bo­wa­łem po­sta­wić się na jej miej­scu.

A gdy­by cho­dzi­ło o moją bab­cię?

Gdy­by po trzy­dzie­stu sied­miu la­tach ja­kiś pi­sarz o cie­lęcym spoj­rze­niu oznaj­mił mi, że za­mie­rza na­pi­sać o niej ksi­ążkę?

Zmącić wodę.

Na nowo otwo­rzyć rany.

Wy­ko­pać tru­py.

Po­skła­dać sło­wa, tak jak się na­wle­ka per­ły.

Tak jak się plu­je w po­wie­trze.

Spro­fa­no­wać ci­szę.

Zbić kasę na jej hi­sto­rii.

Na tym cier­pie­niu.

Któ­re nie na­le­ży do nie­go.

Co bym po­wie­dział?

No?

Po­wie­dzia­łbym, że to za­le­ży od pi­sa­rza.

Po­wie­dzia­łbym, że to za­le­ży od ksi­ążki.

3

Prze­cież nie dam się za­stra­szyć!

Nie utrzy­my­wa­łem, że li­te­ra­tu­ra po­zo­sta­je ca­łko­wi­cie bez­kar­na (ten ba­nał ne­gu­je ist­nie­nie jej prze­klęte­go wy­cin­ka), uwa­ża­łem jed­nak, że za­wie­ra pew­ną dozę ry­zy­ka, któ­re jest w nią z na­tu­ry wpi­sa­ne i któ­re w pe­wien spo­sób ją uspra­wie­dli­wia.

Uwa­ża­łem, że wnucz­ka  n i ej e s t  bab­cią, ta zaś za­słu­gu­je, by ktoś po­świ­ęcił jej ksi­ążkę.

Sło­wo „za­słu­gi­wać” na­pe­łnia mnie smut­kiem, ale o to tu­taj cho­dzi.

I co? To, co na­zy­wa­my rze­czy­wi­sto­ścią, jest moim mi­strzem w dzie­dzi­nie li­te­ra­tu­ry, za­wsze nim było, i w wie­ku sze­śćdzie­si­ęciu lat nie za­cznę prze­cież słu­żyć in­ne­mu bogu.

Osta­tecz­nie, uzna­łem, ten mejl wraz ze wszyst­ki­mi py­ta­nia­mi, któ­re w nim pa­dły, z tą masą uczuć i gró­źb, sta­no­wi ele­ment ca­łej hi­sto­rii.

Po­wi­nien wręcz zna­le­źć się na po­cząt­ku ksi­ążki, uzna­łem.

Do­bry po­my­sł, uzna­łem.

Albo bar­dzo zły, po­my­śla­łem.

Za­pa­li­łem pa­pie­ro­sa.

Co by się sta­ło, gdy­bym jed­nak ci­ągnął te­mat?

Gdy­bym mimo wszyst­ko po­dał imię i na­zwi­sko wid­nie­jące u dołu mej­la?

Czy­li: „Wol­no­ści, gdy­bym na­pi­sał twe imię”*.

Co się sta­nie, je­śli ujaw­nię praw­dę?

Je­śli będę się trzy­mał fak­tów?

Je­śli po­wiem, jak jest?

Je­śli będę się upie­rał, by na­zy­wać rze­czy po imie­niu?

Ja­kie sank­cje?

Czy tu po­win­no paść sło­wo „pro­ces”?

Czy moja ksi­ążka zo­sta­nie za­ka­za­na, ocen­zu­ro­wa­na, wy­sła­na na prze­miał, spa­lo­na na pla­cu miej­skim?

Czy zaj­mą mój ma­jątek?

Będą mnie nękać w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych?

Czy po­wi­nie­nem się spo­dzie­wać, że ktoś pod moim wła­snym do­mem po­de­rżnie mi gar­dło ta­sa­kiem?

Chwy­ci­łem za te­le­fon, by za­dzwo­nić do mo­jej wy­daw­czy­ni. Wo­la­łem nie przedłu­żać tej nie­pew­no­ści. Czu­łem na­tych­mia­sto­wą, prze­mo­żną po­trze­bę do­wie­dze­nia się, co wol­no mi na­pi­sać, a cze­go nie (i już samo sfor­mu­ło­wa­nie tego py­ta­nia ła­ma­ło mi ser­ce). Co z tego, że będę za­wra­cać jej gło­wę po go­dzi­nach. Nie ob­ra­zi się. Nie ona.

– Skon­tak­tu­ję się z dzia­łem praw­nym. – Ta­kiej od­po­wie­dzi udzie­li­ła, oce­niw­szy wagę pro­ble­mu. – Z tymi spra­wa­mi nie ma żar­tów, zwłasz­cza w dzi­siej­szych cza­sach. Ale ma pan moje pe­łne wspar­cie.

Miło było to usły­szeć.

Roz­ma­wia­li­śmy jesz­cze przez chwi­lę. O li­te­ra­tu­rze, o na­szej epo­ce, o lu­dziach, o tym, że wspó­łcze­śnie zna­le­źli­śmy się na dro­dze do za­tra­ce­nia, o ar­ty­ku­łach 9 ko­dek­su cy­wil­ne­go i 226–15, ustęp 2, ko­dek­su kar­ne­go, któ­re chro­nią pry­wat­no­ść jed­no­stek i pro­wa­dzo­nych przez nie roz­mów, o ra­dy­ka­li­za­cji uczuć i kul­tu­rze ura­zy, o tym, że praw­ni­cy sta­ją się no­wy­mi ar­bi­tra­mi w spra­wach li­te­ra­tu­ry, o po­wie­ści jako có­rze cen­zu­ry uda­jącej je­dy­nie mat­kę wszel­kich wol­no­ści, i da­lej w tym to­nie.

– Wie pani co? – go­rącz­ko­wa­łem się do apa­ra­tu. – Don’t wor­ry! Zo­sta­nę ma­gi­kiem jak tylu in­nych przede mną! O tak, zmie­nię rze­czy­wi­sto­ść w fik­cję, a po­tem będę uda­wał, że ujaw­ni­łem praw­dę jesz­cze praw­dziw­szą. Jak z tymi prosz­ka­mi do pra­nia, któ­re czy­nią bia­łe jesz­cze biel­szym. Ła­pie pani?

4

Dwa dni pó­źniej wy­daw­czy­ni prze­ka­za­ła mi mejl otrzy­ma­ny od dzia­łu praw­ne­go.

Dro­ga Alix,

tak, mo­żna pi­sać o bab­ci i po­dać jej na­zwi­sko. Pra­wo do ochro­ny pry­wat­no­ści to pra­wo oso­bi­ste, któ­re wy­ga­sa w chwi­li śmier­ci.

Na­to­miast dzie­ci i wnu­ków, a ta­kże in­nych bli­skich z za­sa­dy nie wol­no wspo­mnieć bez ich zgo­dy.

Nie­za­le­żnie od oko­licz­no­ści uni­ka się rów­nież wzmia­nek o nie­let­nich.

I wresz­cie, z ra­cji tego, że do­ku­men­ty nie zo­sta­ły ni­g­dzie opu­bli­ko­wa­ne, nie wol­no nam ich roz­po­wszech­niać – a na­wet cy­to­wać ustępów, po­nie­waż prze­pi­sy do­ty­czące wol­no­ści cy­to­wa­nia wy­ra­źnie wy­klu­cza­ją tek­sty nie­pu­bli­ko­wa­ne – chy­ba że uzy­ska­my zgo­dę spad­ko­bier­ców.

Po­wy­ższe ogra­ni­cze­nia po­zo­sta­wia­ją Two­je­mu au­to­ro­wi bar­dzo wąskie pole ma­new­ru.

Ser­decz­no­ści

Inès

„Po­wy­ższe ogra­ni­cze­nia po­zo­sta­wia­ją Two­je­mu au­to­ro­wi bar­dzo wąskie pole ma­new­ru”.

No co ty po­wiesz!

A za­tem wszyst­kie ksi­ążki, któ­re się uka­zu­ją, pi­sa­ne są we­wnątrz ja­kie­goś „pola ma­new­ru”.

Wszyst­kie co do jed­nej!

Do­brze wie­dzieć.

Ni­g­dy nie pa­trzy­łem na li­te­ra­tu­rę pod tym kątem.

Za­nim otwo­rzy się ja­kąś po­zy­cję, trze­ba mieć w gło­wie, że nie jest to wca­le prze­strzeń wol­no­ści, jak zwy­kli­śmy so­bie wy­obra­żać.

(Tu­taj wi­ązan­ka prze­kle­ństw).

„Wszyst­ko za­czy­na się od za­kłó­ce­nia” – pi­sał gdzieś Paul Va­léry, któ­re­go swo­ją dro­gą nie­wie­le czy­ta­łem.

5

Nie­dłu­go pó­źniej wy­bra­łem się po pacz­kę do­ręczo­ną do punk­tu od­bio­ru nie­da­le­ko mo­je­go domu, na uli­cy Ro­ber­ta Lin­de­ta (mogę po­dać na­zwę uli­cy czy Ro­bert Lin­det też wy­śle mi pi­smo z po­gró­żka­mi?). Wraz z kil­ko­ma in­ny­mi oso­ba­mi cze­ka­li­śmy w ko­lej­ce na chod­ni­ku, wszy­scy w ma­skach ochron­nych, gdy na­gle po­ja­wia się prze­cho­dzień, bia­ły fa­cet oko­ło pi­ęćdzie­si­ąt­ki, dość wy­so­ki, ubra­ny w zie­lo­ną kurt­kę i bez ma­ski; zbli­ża się, do­cie­ra na na­szą wy­so­ko­ść i oto, co mówi ja­snym i spo­koj­nym gło­sem, nie­mal słod­kim, a w ka­żdym ra­zie po­zba­wio­nym wszel­kiej agre­sji, na tyle jed­nak do­no­śnym, by usły­sze­li go stojący w ogon­ku lu­dzie, tak, otóż mówi:

– Nie zno­szę Ro­dzin Fran­cji.

Ach tak?

Do­brze wie­dzieć.

Jesz­cze je­den bied­ny gość, któ­ry mówi do sie­bie na uli­cy.

Jed­na z nie­zli­czo­nych ofiar obec­nych cza­sów.

Co to ta­kie­go te Ro­dzi­ny Fran­cji?

Coś ta­kie­go w ogó­le ist­nie­je?

Pew­nie ja­kaś or­ga­ni­za­cja ka­to­lic­ka.

Gdy fa­cet nas mija, wszy­scy od­su­wa­ją się prze­zor­nie, a on – wci­ąż do­no­śnie, spo­koj­nym i słod­kim gło­sem, nie spo­gląda­jąc na nas, lecz pa­trząc pro­sto przed sie­bie – oznaj­mia:

– Nie zno­szę Ro­dzin Fran­cji… i wszyst­kich was po­za­bi­ja­my.

Wszyst­kich was po­za­bi­ja­my!

Wła­śnie to mówi, spo­koj­nym i słod­kim gło­sem, mi­ja­jąc nas z opa­no­wa­niem, nie spo­gląda­jąc na nas, pa­trząc pro­sto przed sie­bie.

W s z y s t k i c h  w a s  p o z a b i j a m y!

A więc wła­śnie w czy­mś ta­kim tkwi­my?

W im­pa­sie prze­mo­cy?

W tej prze­ra­ża­jącej mi­me­tycz­nej za­ra­zie?

Rok wcze­śniej pew­ne­mu pro­fe­so­ro­wi po­de­rżni­ęto gar­dło tuż przed jego uczel­nią.

A wcze­śniej ksi­ędzu w jego ko­ście­le.

A przed nim wie­lu in­nym.

Jak ktoś (René Gi­rard) kie­dyś ma­wiał: „Prze­moc jest bar­dziej za­ra­źli­wa od wi­ru­sa”.

I nie ist­nie­je nic poza prze­mo­cą.

We wspó­łcze­snym po­wie­trzu roz­prze­strze­nia­ją się nie­zli­czo­ne wi­ru­sy po­wo­du­jące cho­ro­by.

Wi­ru­sy, na któ­re ka­żdy z nas jest na­ra­żo­ny, a któ­rych nie po­wstrzy­ma żad­na szcze­pion­ka.

Wi­ru­sy, któ­re mo­żna na­wet otrzy­mać dro­gą mej­lo­wą.

W pierw­szej chwi­li pra­wie za nim po­bie­głem. Co on po­wie­dział? Wszyst­kich was po­za­bi­ja­my? Jacy „my”? Na­praw­dę czu­łem, jak elek­try­zu­je mnie gniew.

Tam­ten już się jed­nak od­da­lił, wci­ąż sze­dł spo­koj­nym kro­kiem, jak­by nie ode­zwał się ani sło­wem, jak­by nie gro­ził nam wszyst­kim śmier­cią, jak­by to był tyl­ko zły sen, a sło­wa nic nie ozna­cza­ły. Jak­by był je­dy­nie zie­lo­ną kurt­ką z oso­bą w środ­ku. Wędrow­nym sar­ka­zmem.

Gdy­by się od­wró­cił, pew­nie spró­bo­wa­łbym coś zro­bić, choć te­raz za­da­ję so­bie py­ta­nie co ta­kie­go.

Po po­wro­cie do domu spraw­dzi­łem: Ro­dzi­ny Fran­cji to sto­wa­rzy­sze­nie, któ­re od 1908 roku bro­ni ro­dzin wie­lo­dziet­nych.

Bra­ku­je tyl­ko, by i ono wy­to­czy­ło mi pro­ces, bo ośmie­li­łem się o nim wspo­mnieć.

Bra­ku­je tyl­ko, by nic już nie było wol­no po­wie­dzieć o rze­czy­wi­sto­ści – to ona jest fik­cją, któ­ra w co­raz wi­ęk­szym stop­niu ogra­ni­cza się do swo­ich naj­wstręt­niej­szych prze­ja­wów. Do naj­bar­dziej fan­ta­stycz­nych prze­ja­wów swo­jej in­wen­cji. Jej wy­obra­źnia znacz­nie prze­wy­ższa na­szą.

Ale sza.

Sza?

*Alu­zja do wier­sza Pau­la Elu­ar­da J’écris ton nom, Li­ber­té (Wol­no­ści, pi­szę twe imię) (przyp. tłum.).

„Coś za­czy­na nas in­te­re­so­wać, do­pie­ro gdy to utra­ci­my” – Da­rian Le­ader, Co sztu­ka skry­wa przed na­szym wzro­kiem

1

Pa­nie Bal­ti­mo­re,

mi­nęło kil­ka dni od na­sze­go spo­tka­nia.

Spo­tka­nia, na któ­re przy­sta­łam w jed­nym tyl­ko celu, by się prze­ko­nać, co z Pana za czło­wiek, i nie da­łam się Zwie­ść.

Sądził Pan, że je­stem dość głu­pia, by uwie­rzyć w tę Pa­ńską hi­sto­ryj­kę o ksi­ążce? Pro­szę prze­ka­zać wia­do­mo­ść swo­je­mu pra­co­daw­cy (bo z Pana jest tyl­ko na­jem­ny Zbir, to oczy­wi­ste!): nie bu­dzi Pan we mnie Stra­chu.

Nie wie Pan, z kim ma do Czy­nie­nia!

Znam ta­kich lu­dzi, że nie ma Pan na­wet Po­jęcia!

Po­wta­rzam po raz ostat­ni: niech Pan zre­zy­gnu­je ze swo­ich Po­szu­ki­wań!

To moje Ostat­nie Ostrze­że­nie.

Z naj­szczer­szy­mi po­zdro­wie­nia­mi

List był pod­pi­sa­ny „Nora Zup­cak”.

1.1

– Co to za na­zwi­sko? – rzu­ci­ła Pen­ny tuż nad moim ra­mie­niem.

Jej głos spra­wił, że pod­sko­czy­łem.

Pen­ny mia­ła dar wy­ra­sta­nia mi za ple­ca­mi, jak­by ro­bi­ła to ce­lo­wo albo jak­by była kwin­te­sen­cją sło­wa „znie­nac­ka”.

– To ana­gram wy­ra­zu „po­nu­racz­ka” – od­pa­rłem, na­wet na nią nie pa­trząc.

– Bar­dzo za­baw­ne. Ko­me­diant z pana, Bmo­re.

Od­wró­ci­łem się do niej:

– Wo­la­ła­by pani An­nie Wil­kes? Mil­dred Rat­ched? Vio­let­te Mor­ris? Lal­kę Ro­ber­ta? A może wręcz Lucy Fer­kę? Po­nu­ra­czek nie bra­ku­je.

Mi­ja­ją pra­wie trzy lata, od­kąd Pen­ny za­częła dla mnie pra­co­wać. Któ­re­goś dnia zja­wi­ła się w agen­cji, by od­być staż, czas upły­wał, a ona zo­sta­wa­ła, aż sta­ła się nie­za­stąpio­na, choć sam nie wiem, czy to do­brze. Bo z wro­dzo­ną ele­gan­cją i kon­ster­nu­jącą na­iw­no­ścią prze­szka­dza mi w pra­cy – po­wy­żej do­wód. O Bmo­re & In­ve­sti­ga­tions nie mo­żna jed­nak po­wie­dzieć, że in­te­res kwit­nie. Z dru­giej stro­ny le­d­wie dwu­dzie­sto­let­nia Pen­ny wno­si po­wiew świe­żo­ści do agen­cji, któ­rej je­stem za­rów­no wła­ści­cie­lem, jak i je­dy­nym pra­cow­ni­kiem. Nie chcia­łbym spro­wa­dzać jej wy­łącz­nie do jej fi­zycz­no­ści, ale do­ce­niam mi­ędzy in­ny­mi jej cu­dow­nie kwan­to­wą gra­cję: ni­g­dy nie wia­do­mo, czy tu jest, czy jej nie ma. Tym­cza­sem li­nie jej cia­ła przy­wo­dzą na myśl tory ko­le­jo­we. Jej twarz – rosę po­ran­ka. Jej włosy – Pol­loc­ka. Jak ona to robi, że cze­sze się w spo­sób tak pło­mien­ny?

– Moja mała Pen­ny – mó­wię, za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa – pro­szę zro­zu­mieć, że za­le­tą ko­niecz­no­ści wy­my­śle­nia rze­czy­wi­sto­ści na nowo jest to, że mo­że­my ze­mścić się na niej ca­łkiem bez­kar­nie. Pa­ra­dok­sal­nie nie mu­si­my już jej sza­no­wać. Czyż to nie wspa­niałe? Pró­ba ochro­ny rze­czy­wi­sto­ści przy­no­si zu­pe­łnie od­wrot­ne skut­ki.

Pen­ny spoj­rza­ła na mnie ze zdzi­wie­niem, jej brwi sta­ły się ko­micz­ne.

– Czy­li że mniej­sza z Norą, o to panu cho­dzi? – gwizd­nęła gło­sem szpa­ka. – Sama się pro­si­ła? Kto pod kim do­łki ko­pie, sam w nie wpa­da? A co z jej cier­pie­niem? Kła­ść lu­dzi na pa­pie­rze wbrew ich woli zna­czy nie tyl­ko skra­ść im ży­cie, to jak­by kła­ść ich do gro­bu, któ­ry nie jest ich.

Mil­cza­łem.

Nie­omal wy­psnęło mi się, że nie za­mie­rzam ni­ko­go kła­ść na pa­pie­rze, lecz ra­czej podźwi­gnąć za po­mo­cą słów; a jed­nak się po­wstrzy­ma­łem.

Trzy lata temu na­wet mi się nie śni­ło, że spra­wy przy­bio­rą taki ob­rót.

Nie mia­łem po­jęcia, w ja­kie kło­poty się wpa­ku­ję.

Trzy lata temu nie wie­dzia­łem, że fik­cja zy­sku­je tyle wol­no­ści, ile tra­ci praw­dy.

Trzy lata temu nie na­zy­wa­łem się Bal­ti­mo­re, a Pen­ny nie ist­nia­ła.

Na­wet się nie uro­dzi­ła.